Czy lepiej jest podróżować w pojedynkę, czy z partnerem?

– „Na pustyni jest się trochę samotnym”

– „Równie samotnym jest się wśród ludzi” 

Podoba mi się ten cytat. Dlatego, że zawsze myślałem, że człowiek czuję się samotny, kiedy nie ma nikogo dookoła. Kiedy zasypia w ciemnym pokoju i nie ma do kogo się odezwać. Nikogo, z kim mógłby porozmawiać o swoich nocnych przemyśleniach. Jednak można też czuć się bardzo samotnym, będąc otoczonym ludźmi. Ludźmi, którzy nas nie rozumieją, którzy nie chcą się z nami zaprzyjaźnić. Albo ludźmi, z którymi my nie potrafimy się zaprzyjaźnić.

Wyjeżdżając samemu w podróż, zawsze czułem tę adrenalinę, radość, wolność. Ale też lęk przed nieznanym. I w już będąc w drodze, także samotność. Mając 16 czy 17 lat, zacząłem wyruszać na samotne wyprawy rowerowe. I czasami spędzałem całe dnie całkiem sam, wypowiadając najwyżej kilka zdań dziennie. Ale prawdziwa rozmowa toczyła się zawsze w mojej głowie. To jest jeden z dużych plusów  podróżowania samemu. Mamy bardzo dużo czasu na przemyślenia. Czasami to są złe myśli, musimy sobie poradzić z czymś, o czym tak naprawdę w normalnym, codziennym życiu, nie mielibyśmy ochoty myśleć. Albo nie mamy czasu. Ale kiedy zostajemy sami, rozstawiamy namiot wieczorem w absolutnej ciszy i do zaśnięcia potrzeba nam jeszcze wielu godzin, nie pozostaje nam nic innego, jak filozoficzne refleksje.

Drugim plusem samotnych podróży jest możliwość poznania nieprawdopodobnej ilości nowych ludzi. Czujemy się samotni, więc jak każdy człowiek, w każdym nowym miejscu, szukamy przyjaciół. Pragniemy kontaktu z innymi ludźmi. A jeżeli nie ma obok nikogo bliskiego, poznając kogoś, pragniemy go zatrzymać na dłużej. Spędzić razem chociaż kilka chwil. Co innego, kiedy jedziemy gdzieś w grupie znajomych czy z partnerem. Wtedy zamykamy się często, nawet podświadomie, na nowe znajomości. Właściwie nie chodzi tutaj o zamykanie się i niechęć do poznawania ludzi. Po prostu nie musimy. Bo zawsze możemy się odezwać do kogoś znajomego. I będzie dobrze.

Ostatnio zacząłem traktować podróże bardziej jako przeżycie duchowe. Chcę czerpać od ludzi, próbować uczyć się czegoś od każdego nowo spotkanego człowieka. Bo to spotkania z innymi sprawiają, że stajemy się coraz bardziej wartościowymi ludźmi. A kiedy ktoś widzi, że jesteśmy sami, chętniej do nas podejdzie. Bo każdy kiedyś bywa samotny i widzi tę samotność w oczach drugiego człowieka. I podświadomie czy nie, chce nam pomóc, zaprzyjaźnić się, poznać. W czasie samotnych wypraw, możemy też poznać dużo lepiej siebie samego i jeżeli ktoś szuka odpowiedzi na to, jakim jest człowiekiem, prawdy o sobie, to samotność w tym pomaga.

Wybierając się w podróż ze swoją bratnią duszą czy nawet z kimś kompletnie nieznajomym, możemy oczywiście przeżyć wspaniałe przygody. Zawsze, mając jakiś problem czy w chwilach smutku, możemy z kimś porozmawiać się. Albo odwrotnie, pomóc komuś. Kiedy przeżywamy chwile radości, możemy się nią podzielić. Radość najlepiej przeżywa się z drugą osobą. Ale z drugiej strony wyruszając sami, zawsze po drodze możemy kogoś poznać. I spędzić z nim jeden dzień czy nawet kilka tygodni. Podróżując samemu jesteśmy wolni w wyborze i sami decydujemy, gdzie jechać. Nie dochodzi do konfliktów.

Ja sam więcej podróży odbyłem z kimś niż samotnie. Tak było wygodniej. Prościej. I wiem, że wyruszenie samemu to ciężka próba charakteru. To wiele chwil smutku. Ale z drugiej strony też dużo więcej chwil ogromnej radości. Z jednej strony dużo momentów samotności. Ale też dużo nowych, prawdziwych przyjaźni. I myślę, że warto czasem być smutnym. Cierpienie jest potrzebne, żeby później poczuć prawdziwe szczęście. I tak jest właśnie z podróżami w samotności.

Przygody autostopowe

„Stajemy na poboczu. Coś jest nie tak. Samochód już od jakiegoś czasu dziwnie się zachowuje, lecz ani kierowca, Chorwat w średnim wieku, ani jego młodszy kolega, nie zwracają na to uwagi. Ale w końcu się zatrzymujemy. W zasięgu wzroku nie ma żadnych innych aut, w końcu to stara droga, którą nikt już nie jeździ. Dookoła las i oprócz drzew, w zasadzie niczego tutaj nie ma. Zaczyna coraz mocniej padać. Zastanawiamy się, co zrobimy, jak okaże się, że samochód nie ruszy. Nie zważając na nasze rozmyślania, kierowca zaczyna grzebać w przewodach. Siedzimy sobie spokojnie na tylnych siedzeniach i cieszymy się, że nie musimy opuszczać ciepłego wnętrza. Aż tu nagle spod maski bucha ogień. Scena jak z filmu. Siarczyście padający deszcz, starszy Chorwat zdejmuje koszulkę i próbuje ugasić nią ogień. A jego kolega odruchowo ucieka. Jednak kierowca krzyczy na niego i tamten wraca. My też wysiadamy i powoli się oddalamy. Bo przecież na filmach, jak samochód się pali, to od razu wybucha. Tak myślimy, chociaż racjonalnie rzecz biorąc, potrzeba dużo czasu i pecha, żeby auto wybuchło. Patrzymy na tę nierealną scenę i przecieramy oczy ze zdumienia. Po chwili nasze zdziwienie jest jeszcze większe, bo Chorwatom udaje się w końcu ugasić ogień za pomocą koszulek, po czym kierowca przez kilka minut kombinuje z kabelkami i oznajmia nam z uśmiechem, że możemy jechać dalej. Niemożliwe. Przecież przed chwilą auto się paliło. A teraz mamy do niego wsiadać. Jednak nie mamy wyboru. Na najbliższej stacji zatrzymujemy się żeby zatankować i wtedy z ulgą oświadczamy kierowcy, że to właśnie tutaj mieliśmy wysiąść. On na pożegnanie mówi nam z uśmiechem zdanie, które pamiętam do teraz. „Takiego stopa, to chyba jeszcze nigdy nie mieliście!”.

A jednak przeżyłem jeszcze lepszego, kilka lat później.

„Stoimy na drodze w Turcji, gdzie samochody nie jadą z przesadną prędkością. Więc nie dziwi nas na początku fakt, że kierowca popija sobie co jakiś czas piwo. Skoro jedzie 40 kilometrów na godzinę, niech sobie pije, za godzinkę i tak wysiadamy. Nie dziwi nas też to, że kierowca, żeby zrobić nam miejsce, umieszcza swojego kompana na pace ciężarówki, którą jedziemy. W końcu tyle już mieliśmy dziwnych sytuacji w podróży, że niewiele może nas zaskoczyć. Jednak zaczyna nas trochę martwić fakt, że zjeżdżamy z głównej drogi. Mamy mały problem komunikacyjny, bo nasz Turek nie mówi po angielsku. Za to bardzo sprawnie idzie mu opróżnianie kolejnych butelek, których na podłodze wala kilka się już wala. Jedziemy polną drogą i zahaczamy jeszcze o kolejny sklep, żebyśmy się mogli napić z kierowcą. Zaopatrzeni w kolejne dwie torby z alkoholem, ruszamy dalej. Oczywiście koniecznie trzeba nam pokazać widoki i pobliskie góry, więc toczymy się powoli okrężną drogę i tracimy już trochę orientację. Po kilku godzinach zatrzymujemy się na wzgórzu i kierowca wypuszcza swojego kompana, o którym totalnie zapomnieliśmy. Zresztą nie tylko my. Otwieramy po piwie i w ciszy obserwujemy góry. Jak na razie poruszamy się bardzo wolno, więc nie mogliśmy za daleko odjechać. Ale trochę już nas męczy ta objazdówka. Jednak po chwili wsiadamy z powrotem, my do środka, drugi Turek na pakę i jedziemy dalej. Trzęsie niemiłosiernie, zaczyna się robić coraz zimniej i ciemniej. Kierowca co chwilę wyznaje nam miłość, bo tylko te słowa zna po angielsku. W końcu, o zmroku, docieramy tak wysoko, że leży tu już śnieg. Zakopujemy się i dopiero wtedy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę, że nasz porywacz jest już kompletnie pijany. I zaczyna się tragikomedia. Próbujemy jechać dalej, ale boksujemy w śniegu. Turek przypomina sobie na szczęście, że ma gdzieś łańcuchy. Niestety przy zakładaniu ich, jeden pęka i ostatecznie tylko dwa nadają się do użytku. Ale nic nam to nie daje. Więc następuje decyzja o zawróceniu. Na wąskiej ścieżce w górach, w nocy, z pijanym kierowcą. Nic dziwnego, że prawie spadamy w przepaść i w ostatniej chwili wysiadamy, żeby obserwować z boku ten manewr. Jakimś cudem udaje mu się zawrócić auto. Auto, które przegrzewa się co chwilę, a wiemy o tym nie tylko z własnych obserwacji, ale też dzięki dokładnym wyjaśnieniom Turka, który udaje, że ociera pot z naszych pach i czoła, żeby pokazać co się właśnie dzieje. W międzyczasie, cały czas dobiegają do nas odgłosy pukania z paki, w której od kilku godzin zamknięty jest Turek numer dwa. W końcu udaje mu się wydostać i postanawia zawrócić na piechotę. Mając do wyboru ciepły nocleg w samochodzie i długą drogę do najbliższej wioski, wybieramy to pierwsze rozwiązanie. Tak więc decyzja zapadła. Rozbijamy namiot na pace, każemy kierowcy położyć się z przodu, gdzie może sobie włączyć ogrzewanie, ale on nas tak bardzo kocha i tak za nami tękskni, że za każdym razem jak go odsyłamy, on wraca i kładzie się obok namiotu. W pewnym momencie alkohol przestaje krążyć w jego żyłach i zaczyna się okropnie trząść. Owijamy go folią i wsadzamy do śpiwora, a sami śpimy przykryci drugim śpiworem. I byłoby naprawdę przyjemnie, gdyby nie fakt, że nasz kochany przyjaciel dalej za nami tęskni i chce wejść do namiotu. Jednoosobowego! W którym naszej dwójce jest już ciasno. Więc kładziemy się na łyżeczkę, ja w środku oczywiście i dzięki temu mogę doświadczyć jego tulenia w nocy. Prawie już zasypiam kiedy czuję jak zarzuca na mnie rękę. I tak przez całą noc. Próbuję odrzucać jego amory, ale on uparcie okazuje mi czułość. Teraz już wiem, co czuje dziewczyna, która nie chce żebym ją tulił w nocy jak zasypia. Następnego dnia jakimś cudem udaje nam się wyjechać stamtąd i w najbliższej wiosce uciekamy jak najdalej od Turka, który obdarzył nas swoją wielką miłością! I tak bardzo chciał nam pokazać ciepło swoich uczuć, że prawie zamarzł.”

Czy podróżowanie autostopem jest niebezpieczne?

Miałem w trakcie moich podróży kilka sytuacji, kiedy mogło być niebezpiecznie. Ale często jest tak, że możemy zareagować w odpowiednim momencie i uniknąć problemów. Weźmy jako przykład sytuację z Turkiem, który nas porwał na wycieczkę krajoznawczą. Było tyle momentów, kiedy mogliśmy po prostu powiedzieć, że wysiadamy. Wymyślić jakikolwiek powód albo nawet bez podawania przyczyny, powiedzieć kierowcy, że nie chcemy jechać dalej. Kiedyś łapaliśmy stopa na stacji benzynowej we Włoszech i podszedł do nas Włoch. Starszy Pan. Na wstępie zakomunikował nam, że trochę wypił i że jest bardzo zmęczony. Nie wiem czemu, ale i tak wsiedliśmy. I czasami miałem wrażenie, że właściwie już lądujemy na barierce, a on w ostatniej chwili skręcał. Jeździł jak rajdowiec, wszystkimi pasami, wyprzedzając z każdej strony. A my siedzieliśmy cały czas, z zaciśniętymi palcami na przednich siedzeniach i modliliśmy się, żeby dotrwać do kolejnej stacji. I żeby mu się skończyło paliwo, to przynajmniej będzie musiał stanąć, żeby zatankować. Tylko, że często w takich momentach jak ten, bywało tak, że wciągała mnie przygoda. Było trochę niebezpiecznie, ale inaczej, więc ciekawiej. Czekałem wręcz na takie sytuacje.

Niestety, inaczej wygląda sytuacja, kiedy samotnie podróżuje kobieta. Ja nigdy nie pozwoliłbym swojej dziewczynie jechać samej, a nawet z koleżanką, na stopa. Szczególnie po przemowie jednego z kierowców TIR-a, który kiedyś chwalił się, że jest pedofilem, zoofilem i czego to on nie robił z autostopowiczkami. Pewnie niewiele było w tym prawdy, ale słyszałem już historie o gwałtach na autostopowiczkach. I to nie raz. Na pewno kobiety podróżujące same, powinny zachować ostrożność i mieć przy sobie jakąkolwiek broń, najlepiej gaz pieprzowy, który pozwoli ubezwładnić na chwilę agresora i dać czas na ucieczkę. A jeszcze lepiej, podróżować z mężczyzną.

Przejechałem autostopem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów i niebezpieczne sytuacje, które mi się przydarzyły, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Dużo więcej jest za to plusów podróżowania w taki sposób. Stop, to nie tylko darmowa podwózka. To setki ciekawych rozmów, podczas których kierowca często dzieli się z nami historią swojego życia. I po chwili rozstajecie się jak gdyby nigdy nic. Albo zostajecie przyjaciółmi na zawsze. Najpiękniejsze są jednak chwile, kiedy siedzisz na pace ciężarówki i wiatr rozwiewa Ci włosy, słońce parzy skórę, a Ty zapominasz o wszystkim i czujesz, że żyjesz.

Kim jestem? Podróżnikiem czy turystą?

Kim jest podróżnik? Najprościej mówiąc, jest to ktoś, kto podróżuje. Trochę, częściej, dalej i ciekawiej niż wszyscy dookoła. Bardziej ryzykuje. Próbuje dotrzeć tam, gdzie niewielu turystów ma dostęp. Chce poznawać ludzi i prawdziwy świat. Nie tylko ten pocztówkowy, dla turystów.

Często można usłyszeć pytanie, czym się różni podróżnik od turysty. Myślę, że ta granica trochę się zaciera. Niektórym się wydaje, że jest wręcz odwrotnie, ale ja uważam, że oba te pojęcia zbliżają się do siebie. Dlatego, że turysta bardzo chce być podróżnikiem, a podróżnik przestaje rozumieć sens swojej wędrówki i zostaje turystą. No właśnie. I tu pojawia się ważne pytanie Czy w dzisiejszych czasach możemy jeszcze nazywać się podróżnikami?

Spróbuję najpierw znaleźć różnicę między turystą, a podróżnikiem. Turysta to ktoś, kto woli wygodę, raczej ciepłe kraje, za bagaż ma częściej walizkę niż plecak. Chce odpocząć od codzieności i zaznać trochę rozrywki. Robi dużo zdjęć, żeby pochwalić się znajomym po powrocie. Śpi w hotelach. Raczej ma pieniądze i chętnie je wydaje, bo tylko raz w roku wyjezdża na wakacje i chce skorzystać z nich w pełni. Tak o turystach myśli ”podróżnik”. Czyli kto? Ktoś, kto toleruje większą niewygodę, może spać i jeść gdziekolwiek. Pragnie autentyczności, chce poznawać ludzi. Często podróżuje na stopa albo bardzo tanimi środkami transportu. W podróży żyje raczej skromnie, tak żeby tylko przetrwać. Bardzo oszczędza, bo chce jak najtańszych kosztem podróżować jak najdłużej.

I nie uważam, że źle jest być turystą, ani nazywać się podróżnikiem. Wszystko zależy od tego, czego szukamy. Ludzie, którzy uważają, że są podróżnikami, denerwują się, że spotykają turystów w miejscach, które uważali za ”mało turystyczne”. Tylko pytanie brzmi, czy kiedy te dwie grupy spotykają się razem, nie mają tego samego celu? To właśnie cel łączy turystę i podróżnika. Wszyscy pragniemy oglądać rzeczy piękne. W inny sposób tam docieramy, inaczej żyjemy i innych rzeczy doświadczamy w czasie drogi, ale wszyscy dążymy do tego samego. Inaczej jest, gdy naszym celem jest droga.

Podróżnik to ktoś, kto szuka prawdy. Przede wszystkim o sobie. Kiedy wspina się po górach, przemierza tysiące kilometrów na rowerze czy kajakiem – walczy ze sobą i szuka odpowiedzi na pytanie, ile jest w stanie znieść. Poznaje siebie w momentach absolutnej samotności. Dzięki kolejnym doświadczeniom, staje się mocniejszy psychicznie i bardziej odporny na trudne sytuacje życiowe.  Dlatego sama droga jest dla niego najważniejsza. Podróżnik szuka też prawdy o ludziach, kulturze, kraju i chce na własne oczy przekonać się jak jest naprawdę. W jaki innych sposób możemy zrozumieć inne religie, niż rozmawiając z ich wyznawcami? Jak ktoś może w ogóle nienawidzić jakiejś narodowości, nie znając nawet ani jednego człowieka z tego kraju? Dlatego właśnie szukamy prawdy. Informacji z pierwszej ręki, nie tej z telewizji. A prawdy nie poznamy docierając do celu, tylko właśnie w czasie drogi.

To chęć poznawania w drodze siebie i innych ludzi sprawia, że możemy nazywać się podróżnikami. Każdy z nas próbuje znaleźć swoją drogę życiową i zrozumieć odpowiedzi, na pytania, które człowiek zadaje sobie od początku istnienia. Podróżując, wychodzimy ze strefy komfortu i chcemy nauczyć się jeszcze więcej o życiu, jego celu i prawdzie. Możemy mieć i dobre i złe doświadczenia, ale i te i te przybliżają nas do zrozumienia prawdy o życiu. A żeby tę prawdę zacząć rozumieć, musimy się całkowicie zanurzyć w podróży. Docierając do najpiękniejszych miejsc danego kraju. nic nie zyskamy. Absolutnie. Za to kiedy zrozumiemy choć małą cząstkę prawdy o życiu, zyskamy więcej, niż podziwiając najpiękniejszy widok świata.